czwartek, 28 listopada 2013

ROZDZIAŁ I

<16 lipca 2012 rok>

"Każdy ma tą swoją jedną, jedyną szansę..."

Jak zwykle... zadzwonił budzik. Wyłączyłam go i dalej poszłam spać. Słyszałam jak inne dziewczyny się koło mnie kręcą. W sumie to w ogóle nie próbowały mnie obudzić. W końcu wyszły i zeszły na dół na śniadanie. Zostałam sama w pokoju. Było cicho i cudownie. Takie warunki do spania to ja rozumiem. Jednak moje szczęście nie trwało długo... Do pokoju wbiegła rozzłoszczona panna Jackie. Jest właścicielką Domu Dziewcząt panny Jackie i to ona nam rozkazuje. Zawsze ta sama śpiewka, ale dzisiaj było gorzej. 
-Panienko Harriet masz przechlapane!- usłyszałam jak krzyczy do mnie z daleka. Nawet nie raczyłam otworzyć oczu. Dalej próbowałam zasnąć.
-To już 4 raz w tym tygodniu! Jeśli dalej masz zamiar nie przychodzić na śniadania to czeka cię cały tydzień w Pokoju Płaczu!- tak nazwała pokój gdzie mamy przemyśleć swoje zachowanie i czasami zamyka jedną z nas tam na godzinę tylko z butelką wody, ale mnie traktuje o wiele bardziej surowo. Raz już mnie zamknęła na tydzień. Miałam tylko kilka butelek wody i dostawałam jedynie obiad. -Masz natychmiast się ubrać i iść na śniadanie!- denerwowała się. 
-Czy nie mogę pospać jeszcze chwilkę?- spytałam błagalnym głosem. Po prostu wyobrażałam sobie jak z uszu panny Jackie leci dym, a ona cała robi się czerwona jak burak. 
-Nie denerwuj mnie dziewczyno! Daje ci 10 minut na wyszykowanie się, bo inaczej nie dostaniesz nic do jedzenia przez cały dzień!- krzyczała dalej.
-No dobrze, dobrze. Już idę.- wymamrotałam i otworzyłam oczy. Cały obraz był zamazany, a mimo to dokładnie rozpoznałam godzinę na zegarku, który wisiał na ścianie. Dokładnie 8:00 czyli godzina o której jemy śniadanie, potem chodzimy sprzedawać ciastka, mamy czas wolny, obiad, idziemy sprzątać ulice na "ochotniczki" lub do Domu Opieki Społecznej i pomagamy ludziom słabym i schorowanym albo bezdomnym. Dopiero po tym wszystkim mamy czas dla siebie, potem kolacja. O 20:00 jest cisza nocna, więc musimy iść spać, ale ja często czekam aż panna Jackie sprawdzi wszystkie pokoje i już sobie pójdzie. Wtedy biorę jakąś książkę i czytam. 
-Na pewno muszę iść?- spytałam zanim panna Jackie wyszła z pokoju. Nie odpowiedziała nic. Tylko rzuciła mi karcące spojrzenie. Zostało mi osiem minut. Szybko się przebrałam, uczesałam włosy i zeszłam na śniadanie. 
-Masz szczęście, dzisiaj naleśniki.- uśmiechnęła się do mnie jedna z dziewczyn. Usiadłam na moim miejscu i zaczęłam jeść. Zanim zaczęłam pochłaniać drugiego naleśnika polałam go sosem toffi. Był taki pyszny, że chciałam więcej, ale czas na jedzenie minął. 
-Ubierać się i iść sprzedawać ciasteczka. Dzisiaj ma być lepiej, rozumiemy się?- powiedziała groźne panna Jackie, a my posłusznie kiwnęłyśmy głowami. Dobrałyśmy się w trójki tak jak zawsze. Ja z Lily i Sarą. Wzięłyśmy mnóstwo pudełek z ciastkami i wyszłyśmy. 
-Idziemy na..?- spytałam.
-Na Northwest.- oznajmiła Lily. 
-Ale to tak daleko...- jęknęłam. Sara wywróciła oczami. Już po chwili byłyśmy w drodze. Otworzyłam jedno z pudełek. Zaczęłam wyjadać ciastka z czekoladą. 
-Harr!- krzyknęła rozzłoszczona Lily gdy zobaczyła, że pięciu pudełek już nie ma. 
-Mam branie na ciastka z czekoladą.- zaśmiałam się, a dziewczyny popatrzały na mnie z politowaniem.
-Jeżeli Jackie się dowie to dostaniemy opieprz!- wykrzyknęła Lily. Spuściłam głowę. Dziewczyny nie odzywały się do mnie przez całą dalszą drogę. Sprzedałyśmy większość ciastek. 
-Za 20 minut musimy być na miejscu.- zauważyłam.
-No to szybko!- krzyknęła Sara i zaczęłyśmy biec do budynku. Sprzedałyśmy jeszcze dwa pudełka ciastek. Wróciłyśmy do Domu Dziewcząt panny Jackie. Podeszłyśmy do jej biurka.
-I jak dziewczęta? Harriet?- użyła nacisku wypowiadając moje imię.
-Sprzedałyśmy 12 pudełek z czekoladą, 7 paczek Delicji i 15 miętusków.- pochwaliła się Lily. Panna Jackie uśmiechnęła się wrednie.
-Lepiej niż w zeszłym tygodniu. Mam nadzieję, że takie wyniki będą się utrzymywały.- dziewczęta (oprócz mnie) uśmiechnęły się. -A teraz przygotujcie się, za 5 minut obiad.- dodała. Poszłyśmy do swoich pokoi. 
Powoli otworzyłam drzwi. Spojrzałam na dziewczyny, które siedziały obok siebie i plotkowały. Gdy weszłam odsunęły się od siebie i dziwnie na mnie popatrzały. Usiadłam na łóżku. Spojrzałam za okno. Posiedziałam tak chwilę, wstałam i spięłam włosy w koczek. 
-Dziewczęta!- usłyszałam głos pani Jackie. Łącznie z dzwonkiem. To oznaczało, że mamy zejść na obiad. Odeszłam od kosmetyczki. Zbiegłam po schodach, ponieważ pokój, w którym mieszkałam znajdował się na pierwszym piętrze.
-Szybciej!- ponaglała nas kobieta. Czasami miałam jej po prostu dość. Jednak musiałam się słuchać. Posłusznie usiadłam na swoim miejscu. Pani sprawdziła obecność i zaczęłyśmy jeść. 
-Fuj...- jęknęłam. Kilka dziewczyn skarciło mnie spojrzeniem, więc już się więcej nie odzywałam. W pośpiechu zjadłam czerwono-różową papkę z buraków na talerzu, ziemniaki i udko z kurczaka. Odsunęłam talerz.
-Dziękuję.- powiedziałam grzecznie się uśmiechając i odeszłam od stołu.
-Świetnie Harriet. Teraz masz chwilę czasu na odpoczynek, a potem posprzątaj cały budynek.- powiedziała złowieszczo się uśmiechając panna Jackie. Wywróciłam oczami. Wbiegłam po schodach na górę, a następnie powędrowałam do (między innymi) mojego pokoju. Rozczesałam włosy, przebrałam się w stare, znoszone ubrania i zawiązałam bandankę na głowie. Udałam się do schowka na miotły, szmatki itp. Wzięłam miotłę, szufelkę i zmiotkę, i zaczęłam zamiatać cały budynek. Wymiotłam kurze z pod stołów, z kątów i tak dalej. 
Poszłam po szmatkę oraz różne płyny. Zaczęłam ścierać kurze z parapetów. Gdy w końcu cały budynek był czysty spojrzałam na zegarek.
-Dopiero szesnasta!? Sprzątałam tylko dwie godziny!? Jak to możliwe!?- nie mogłam uwierzyć. Poszłam do pokoju, przebrałam się i usiadłam pod oknem. Ponieważ moje łóżko znajdowało się właśnie tam, mogłam się wygodnie ulokować. 
-Hm... znowu ktoś idzie. Ciekawe, która z nas będzie miała takie szczęście.- głośno myślałam.
-Nie my.- zepsuła moje marzenia Lily. -Ludzie adoptują małe dziewczynki takie jak Nancy czy Suzy. Nie nas.- dodała ponuro. Właśnie wtedy usłyszałam to... To na co czekałam tak długo.
-Harriet! Proszę, zejdź tu do mnie!- krzyknęła panna Jackie. Szybko przebrałam koszulkę na ładną bluzkę z flagą Irlandii i stare, wytarte jeansy na miętowe rurki. Wyszłam z pokoju, zbiegłam po schodach na parter i już po chwili byłam na miejscu, w holu, gdzie znajdowało się biurko panny Jackie. To właśnie tam odbywały się wszystkie adopcje.
-Dzień dobry.- przywitałam się z uroczym małżeństwem stojącym przed biurkiem.
-Dzień dobry.- odpowiedzieli jednocześnie.
-Skarbie... to państwo Horan. Chcą cię adoptować.- oznajmiła panna Jackie. Uśmiechnęłam się szeroko. Miałam ochotę rzucić się jej na szyję. Mimo wszystko nie zrobiłam tego, bo byłam zbyt dobrze wychowana przez nią samą. Znaczy... potrafię zachowywać się jak menel albo niedorozwój i być pyskatą dupą, ale nie przy niej.
No więc pobiegłam się spakować, a małżeństwo podpisywało jakieś papiery. Gdy szczęśliwa wbiegłam do pokoju Lily spojrzała na mnie jak na wariatkę. 
-Ha, ha, ha!- zaśmiałam się jej prosto w twarz. Ona tylko zrobiła zkwaszoną minę, a ja nic już więcej nie mówiłam, tylko się spakowałam (łącznie z moim tabletem,którego kupiłam za uzbierane pieniądze) i wybiegłam s pokoju.
-Gotowa?- spytała pani Horan, a ja przytakująco kiwnęłam głową. Wskazałam na dwie różowe walizki. Wyszliśmy z budynku. Ponieważ już nigdy więcej tam nie wrócę... pokazałam język pannie Jackie. Wsiadłam do samochodu państwa Horan'ów i odjechaliśmy.
Co chwilę coś do mnie gadali, ale słuchałam tylko pojedynczych słów. W końcu pani Horan sprowadziła mnie na ziemię zdaniem:
-Mów mi po prostu ciociu chyba, że wolisz mamo.- i uśmiechnęła się szeroko.
-Em... chyba na razie poprzestanę na ciociu.- powiedziałam. Pani Horan, czy też może bardziej CIOCIA posłała mi szczery uśmiech. 
-Ah, chciałam ci jeszcze tylko powiedzieć, że masz dwóch braci!- powiedziała nagle wesoło. DWÓCH BRACI!? To po gówno oni mnie adoptowali!? No... może chcą mieć córkę, ale nie ten teges... nie wiem i szczerze, mam to w dupie, ważne, że w końcu spełniło się moje marzenie!
-Jeden ma na imię Greg, jest najstarszy i nie mieszka już z nami, a Niall należy do zespołu i mieszka w Londynie. Czasami nas odwiedza.
-"Ah... to dlatego mnie zaadoptowali. Brak dzieci w domu... nieźle. Mają u mnie bonusowe punkty."- pomyślałam po czym szeroko się uśmiechnęłam i oddałam marzeniom.

Zanim się spostrzegłam byliśmy na miejscu. Samochód stanął przed ślicznym domem z niemałym ogrodem na tyłach. 
-Wysiadamy!- wykrzyknęła radośnie ciocia. Wysiadłam z samochodu, zabrałam moje walizki i powędrowałam za nimi do domu. Weszliśmy i wtedy zobaczyłam piękne kolory ścian no i tak dalej... ciocia pokazała mi mój pokój. Na razie nie rozpakowywałam rzeczy, bo było już trochę późno. Byłam zmęczona, więc poszłam się myć i spać.

- Harriet, cudowny dzień na zostanie adoptowaną, nieprawdaż? Dobranoc mój kochany dzienniczku. ♥



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz